sobota, 10 listopada 2012

Część 3


Sam widok kartki mnie nie zaskoczył. Jedynie fakt, że zostawił mnie na całe dwa tygodnie był zdumiewający. Nigdy nie wyjeżdżał na tak długo. Szczególnie, że za tydzień to mnie nie ma, a on wraca. Znając jego pracę jak ja wrócę to on wyjedzie. Jest to bardzo frustrujące gdyż widuję go jedynie w niedzielę, bo w soboty także pracuje. Każdego dnia byłam coraz bardziej oddzielona od taty. Zdarzały się takie poranki, że ledwo go poznawałam, gdy zapomniał się ogolić. Dziś zdałam sobie sprawę, że ani trochę go nie znam. Nie podejrzewałam go o to, że zostawi mnie na tak długi okres czasu bez jakiegokolwiek pożegnania. Nie było mi tak smutno nawet, gdy wyjechał dzień przed moimi urodzinami i całkowicie pochłonięty pracą nawet nie zadzwonił z życzeniami.
Zaczęłam zastanawiać się nad ucieczką z domu, ale doszłam do wniosku, że wyszłoby na to samo. Tak czy siak nie widuję go często. Nieco smutna udałam się do swojego pokoju. Na biurku faktycznie leżała spora suma pieniędzy. Schowałam je do skarbonki i zabrałam się za lekcje na czwartek. Zazwyczaj dobrze się uczyłam, nie miałam problemów w szkole. Zawsze dobrze się czułam wśród książek. Tylko one dodawały mi otuchy podczas samotnych wieczorów. Prosiłam tatę o jakieś zwierzę już od dawna, ale jak tylko zaczynałam temat on błyskawicznie go zmieniał. Nigdy mi nie wytłumaczył, dlaczego nie chce nawet mówić o zwierzętach. Prawda jest taka, że on mi właściwie o niczym nie mówi. Niedawno dowiedziałam się, że w zeszłym roku awansował i to bynajmniej nie od niego tylko jego kumpla, który najwidoczniej nie potrafi trzymać języka za zębami.
Nadeszła noc. Położyłam się do łóżka z książką, którą aktualnie czytałam, a mianowicie „Harry Potter i Czara Ognia”. Był to mój ulubiony cykl powieści fantastycznych, ale od dawna nie słyszałam o nikim, kto lubiłby tę książkę. Miałam nadzieję spotkać kiedyś chłopaka, który lubiłby to, co ja wspierał mnie w moich działaniach.
Kolejne dni szkoły minęły tak samo jak zawsze. Jakieś kartkówki, sprawdziany, a po południu nauka do nich. W weekend wybrałam się na zakupy, ponieważ nie miałam jeszcze śpiwora, spodni dresowych i karimaty na biwak. Spodnie wybrałam szare, dość szerokie zwężane przy kostkach. Śpiwory były jedynie fioletowe i różowe, więc bez większego namysłu wybrałam fiolet. Był to mój ulubiony kolor, tak jak i zielony. Karimatę wybrałam także fioletową tyle, że nieco ciemniejszą. Teraz już mogłam jechać. Niestety pozostał jeszcze tydzień szkoły przed upragnioną wycieczką. Jedynym plusem było to, że na te pięć dni nauczyciele nie zapowiedzieli żadnych sprawdzianów ani kartkówek. Każda osoba z naszej klasy chciałaby już skończyć ten tydzień. W poniedziałek po przyjściu do szkoły stwierdziłam jeden niemiły, ale prawdziwy fakt, a mianowicie to, że czas zwolnił. Lekcje ciągnęły się w nieskończoność, tak samo przerwy. I tak przez cały tydzień. Kiedy wreszcie nadszedł upragniony piątkowy dzwonek obwieszczający koniec lekcji wszyscy zerwali się z krzeseł i pobiegli po kurtki do szatni. Choć był maj to nie było na tyle ciepło, aby chodzić bez nich.
Wróciłam do domu. Postanowiłam, że nie będę zmieniała mojej rutyny, którą wypracowałam po wyjeździe taty. Zrobiłam lekcje, zjadłam obiad i zabrałam się za czytanie książki. Lubiłam oderwać się od rzeczywistości. Gdy już czytałam cokolwiek, co mnie zaciekawiło to utożsamiałam się z którąś z postaci. Tak jak bym żyła jej życiem lub swoim wymarzonym.
Nagle usłyszałam telefon. Dzwonił z sąsiedniego pokoju. Wstałam z łóżka przeszłam przez przedpokój udekorowany dużą ilością obrazów, gdyż mama zawsze lubiła kolorowe wnętrza. W salonie na stoliku do kawy leżał nieduży czarny telefon. Chwyciłam go i zobaczyłam na wyświetlaczy: „Dzwoni: Tato.” Pospiesznie odebrałam telefon. Niespodziewanie usłyszałam jakiś damski głos. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz